fbpx

„Nie czas umierać” Panie Bond – recenzja filmu

Jaka jest najlepsza seria filmowa? Można się co do tego spierać. Z pewnością nie zabraknie zwolenników Harry’ego Pottera, czy też Władcy Pierścieni. Inni będą się upierać, że to właśnie Gwiezdne Wojny miażdżą konkurencję i bez problemu powinny rozsiąść się na pozycji lidera. Nie zabraknie również głosów, że najlepszy jest Indiana Jones lub Matrix. Ciężko odmówić temu racji. Każda z tych serii wniosła w filmowy świat inną jakość i każda miała wpływ na wychowanie kilku pokoleń.

Jednak to właśnie filmy o Jamesie Bondzie mogą poszczycić się największą ilością części. A każda z nich cieszy się niesłabnącą popularnością i przyciąga tłumy do kin. Jaka jest tajemnica sukcesu postaci wykreowanej przez Iana Fleminga?

Przepis wydaje się banalnie prosty. Od 1962 roku, gdy premierę miał pierwszy film o agencie z licencją na zabijanie („Dr No”) fabularnie zmienia się niewiele. W każdej z odsłon dostajemy niecny plan geniusza zbrodni, który kierowany wszelkiego rodzaju pobudkami, stara się unicestwić świat lub zagrozić Imperium Brytyjskiemu. Na jego drodze staje agent MI6 – James Bond, który dzięki sprytowi, urokowi osobistemu oraz przy pomocy zmyślnych gadżetów, udaremnia zagładę świata. A to wszystko okraszone humorem i pięknymi kobietami. W skrócie „Bondy” mają wszystko czego oczekujemy od kina akcji.

Przez długie lata, filmy o Bondzie kreowały popkulturowy archetyp męskości; pełnego szyku i elegancji mężczyzny, który dzięki swojej inteligencji potrafi wybrnąć cało z każdej opresji. Chyba każdy chłopiec chciał w jakimś momencie swojego życia być jak on. Bez konsekwencji strzelać do „bandziorów”, pić na plaży wstrząśnięte martini i otaczać się wianuszkiem pięknych kobiet. Z czasem zmieniali się aktorzy ogrywający główną rolę, jednak schemat pozostawał ten sam. No może gadżety ułatwiające „pracę” agenta Secret Intelligence Service stawały się coraz bardziej wyszukane.

Jednak seria z Danielem Craigiem w roli agenta 007 zmieniła nieco przedstawianie Jamesa Bonda. Nie był on już niedoścignionym ideałem męskości, który bez szwanku wyjdzie z każdej opresji. Zamiast tego dostaliśmy bardziej ludzki obraz agenta MI6. Faceta, który może być zmęczony, posiniaczony, czy bezsilny. Który zamiast garnituru i kieliszka martini może pozwolić sobie na piwo w bardziej swobodnych ciuchach. A przede wszystkim w końcu zobaczyliśmy człowieka, który nie jest pozbawiony uczuć. W Nie czas umierać twórcy poszli jeszcze dalej. James nie chce wracać do służby. Woli spędzać czas z kobietą, którą kocha. Jednak przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Wywołana przez Lyutsifera Safina (Rami Malek) pandemia, która ma na celu uśmiercenie milionów ludzi, dotyka najbliższych Jamesowi osób. Dzięki temu najnowsza odsłona przygód agenta jej królewskiej mości jest najbardziej emocjonalną z serii. Bond w końcu staje się nie tylko ikoną popkultury, którego podziwiamy jak na ekranie pokonuje kolejne wyzwania, ale dostajemy bohatera z krwi i kości, z którym możemy się identyfikować. Widząc większe zaangażowanie emocjonalne bohatera, sami mocniej wchodzimy w opowiadaną historię. Pozostałe elementy składowe filmu pozostają podobne. Ale po co psuć coś, co działa tak dobrze.

Remi Malek w roli antagonisty o charakterystycznym wyglądzie sprawdza się wyśmienicie. Jego blada skóra z wybroczynami na twarzy, zaciśnięte usta i anemiczny głos współgrają z chorym, pozbawionym głębszego sensu planem unicestwienia większości ludzkiej populacji. Motywy, którymi się kieruje, nie są może do końca zrozumiałe. Jednak sposobu, w jaki wykorzystuje śmiercionośne nanoboty, aby dopełnić zemsty, nie powstydziłyby się najbardziej wypaczone umysły.

Twórcy, podobnie jak w pozostałych częściach, chętnie sięgają po elementy komediowe. A momentami puszczają oko do fanów serii (jak chociażby scena w tunelu, gdy Bond obraca się w kierunku kamery mierząc z broni).

Na uwagę zasługuje Ana de Armas, w roli „nieopierzonej”, zestresowanej misją w Hawanie agentki Palomy. Co prawda zagrała tylko epizod, ale i tak potrafiła w parę minut skraść show. Pozostaje tylko powiedzieć: szkoda, że tak krótko.

Niestety nie wszystkie postaci zostały napisane z wyczuciem. Niektóre przerysowane są aż za bardzo. Na przykład Valdo Obruchev (David Dencik), którego toporny, rosyjski akcent i sposób ekspozycji powodował u mnie niemalże refluks żołądka.

Przed seansem spotkałem się z opiniami, że poprawność polityczna zabiła Bonda. Dla mnie jednak były to przyjemnie spędzone trzy godziny, podczas których dostałem to, czego oczekiwałem i do czego przyzwyczaiły mnie filmy o agencie brytyjskiego wywiadu. Nie jest to może taki majstersztyk, jakim był Skyfall, ale nadal jest to solidne kino akcji.

Mateusz Łękawski
Z wykształcenia ekonomista z zamiłowania poeta i krytyk filmowy. Pasjonat rozmów z drugim człowiekiem i X muzy. Autor bloga „Przemyślenia przy twarożku”. Na łamach LUX portalu postara się połączyć wiarę ze światem filmu. Mix nie zawsze oczywisty.

Przeczytaj również

Comments

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Social media

Popularne